wtorek, 1 maja 2018

,,Na karuzeli życia''

Re-edit: No dobra, na samym wstępie należy się kilka słów wyjaśnienia. Nie zamierzam owijać w bawełnę. Strasznie trudno prowadzić bloga systematycznie i niespecjalnie z tym sobie radzę. Systematyczność łagodnie mówiąc, nie należy do moich mocnych stron. Mimo to, choć nie tak regularnie, zamierzam nadal dodawać nowe wpisy na bloga. Lubię pisać recenzje i chyba nic tego nie zmieni. 😉


Dziś podzielę się z Wami recenzją nowego filmu w reżyserii Woody'ego Allena- ,,Na karuzeli życia''- dosłownie i w przenośni, bo akcja filmu osadzona jest w kolorowych sceneriach wesołego miasteczka. To co, gotowi na odrobinę zabawy i rollercoaster prawdziwych emocji?
,,Na karuzeli życia''- sceneria lat 50

Fabuła filmu opowiada o losach czterech postaci: młodej, uciekającej przed gangsterami Caroline (Juno Temple), jej ojca i operatora karuzeli Humpty'ego (Jim Belushi), srogo doświadczonej przez los, zamężnej Ginny (Kate Winslet) i wreszcie Mickey'a (Justin Timberlake)- ratownika i zarazem amatorskiego dramaturga.
Oglądając ,,Na karuzeli życia'' jesteśmy świadkami swoistej tragedii, splatającej losy niczego nieświadomej czwórki bohaterów, odgrywającej się na scenie za tłem wesołego miasteczka Coney Island.

Cała historia zaprezentowana jest w barwach szalonych lat 50'. Nie chodzi tu tylko o scenerię z dawnych lat, ale i modę panującą w tamtym okresie, którą możemy podziwiać w postaci pięknych, szykownych strojów- kloszowanych sukienek w różnych wzorach, błyszczących narzutek, rozmaitych, eleganckich fryzur, no i oczywiście nie mogło się obyć bez obowiązkowej czerwonej szminki na ustach! Wszystko to podkreślało dramatyzm, ale i autentyczność postaci.
Trudno nie wspomnieć o sposobie w jaki film oddawał klimat dawnych lat i łączył go z dramatem, którego zapowiedź wisiała w powietrzu już od pierwszych minut akcji. Gra ciepłych i zimnych świateł, kontrastów i cieni, potęgowała przypływy i odpływy nowych emocji, których nie brakowało podczas przeżywania całej historii. Nawet sposób kręcenia scen; odpowiednie zbliżenia twarzy i całych postaci, zwolnione lub przyspieszone przejścia- chociażby podczas scen kłótni zrozpaczonej Ginny z Richiem i jej mężem- to wszystko podkręcało emocje i wprowadzało jeszcze większy zamęt. Pełno jest scen nasyconych tajemnicą, oczekiwaniem i namiętnością- min. pierwsze spotkanie Ginny i Mickeya na plaży, opowieść z życia Ginny w środku nocy, w blasku ogniska, albo feralna podwózka Caroline, podczas której ,,miała tak piękną twarz o deszczowej porze''.

Początkowo słodka idylla szybko się rozwija, nakręcając spiralę emocji, i dając widzowi coraz jaśniej do zrozumienia, że jest świadkiem tragedii, z której nie ma już wyjścia. Akcja toczy się według wzorców antycznego dramatu- od początku główna bohaterka skazana jest na fatum, na złe przeznaczenie, które pcha ją i jej rodzinę w czeluści ciemności. Nie ważne czego się dotknie, z kim rozmawia- wszędzie wsysa truciznę, która niedługo ma dać o sobie znać. Popełniając hybris, próbując na siłę zmienić swe przeznaczenie, zapętla się w morderczą pułapkę, której ofiarą padnie jedna z bliskich jej osób...
Właśnie w rolę Ginny, tej femme fetale wchodzi Kate Winslet, której grę aktorską podziwiałam także podczas oglądania ,,Pomiędzy nami góry'' (polecam ten film bardzo gorąco).
Tym razem wcieliła się w postać sfrustrowanej, wypalonej życiowo żony, która pod wpływem ciężkich doświadczeń dawno już pogrzebała marzenia o lepszym, piękniejszym życiu. Idealnie odwzorowała tęsknoty i rozterki, wzburzenia i kłopoty trzydziesto-ośmiolatki, zatraconej w chwilowej namiętności.
Kate Winslet jako Ginny
Ginny na plaży w Coney Island
Cała historia ,,Na karuzeli życia'' przypomniała mi o kruchości, niepewności naszego żywota; o tym, że zguba może czyhać zaraz u drzwi naszego domu, a wtedy musimy umieć ją odróżnić od prawdziwych darów losu. Uświadamia ona głupotę ludzi, którzy w miłości chcą kierować się tylko ,,karuzelą uczuć'', odrzucając całkowicie rozsądek. Nazywają miłością, to co jest tylko pierwszą fascynacją czy wakacyjną przygodą. Budują drogi namiętności i zdrad, skąd nietrudno o życiowe tragedie...


Analizując końcówkę filmu, przychodzi mi na myśl pewna metafora.
Uwaga! Dalej spoiler!!
Na samym końcu Ginny wyciąga nóż w stonę Mickeya, gotowa do upadłego bronić swego zepsutego sumienia. Potem Mickey znika. Po prostu znika z pokoju. Zupełnie jakby był wytworem jej wyobraźni, niespełnionym ideałem jej kochanka. A na samym końcu scena balkonowa, w której słyszymy już znajomą kwestię Humpty'ego, idącą mniej więcej tak: ,,Ginny, jutro będzie ładna pogoda. Chcesz iść łowić ze mną następnego dnia z kolegami?'', na co ona znów odpowiada, tym razem z rozpaczą w głosie:
,,Nie, ja nie lubię łowić ryb''.
Zupełnie jakby cały ten dramat był tylko złym koszmarem, i jednocześnie jedyną szansą na wyrwanie się wyczerpanej kobiety z rutyny. W poszukiwaniu romansu znalazła sobie wyimaginowanego kochanka, w celu spełnienia dawnych ambicji- wymyśliła dla siebie główną rolę aktorską, a dla przygody- wyścig z gangsterami po wesołym miasteczku. Wszystko to kończy się jednak smutnym powrotem do rzeczywistości, niespełnienia, przygniatającej rutyny- w której ma wybrać się z mężem na niechciane ryby...

Film oceniam oczywiście na bardzo dobry, trzeba jednak podejść do niego z dystansem, pamiętając, że jest to melodramat w czystej postaci tego gatunku- wiele scen i zachowań postaci jest po prostu przerysowanych. Dodaje to zarówno dramatyzmu, jak i komizmu. 😏

Brak komentarzy :

Publikowanie komentarza